Klekocący srebrnoszary cadillac noszący ślady niezliczonych przeróbek, napraw i modyfikacji będących spuścizną po co najmniej kilkunastu poprzednich właścicielach z wolna toczył się po starej asaltowej Drodze rozcinającej na pół rozgrzaną Pustynię. Piasek i skały pokrywające okolicę parzyły oczy patrzących wyblakłym pomarańczowym odcieniem erozji wszechwieczności. Gdzieś daleko na horyzoncie majaczyły niewyraźne, ciemne sylwetki zrujnowanych miast pamiętających jeszcze czasy sprzed Końca, ale były położone na tyle daleko pośrodku niczego, że absolutnie nikomu nie opłacało się jechać w ich kierunku, jako że Pustynia mogła ciągnąć się po kres czasów albo jeszcze dalej.
- Jae, co sądzisz o tej wiosce? Możemy się tu zatrzymać i uzupełnić zapasy? - spytał siedzący za kierownicą nijaki mężczyzna o trudnym do zidentyfikowania wieku. Nie był ani gruby, ani chudy, nosił brudnoszare nijakie ubrania i nie wyróżniał się niczym szczególnym do takiego stopnia, że równie dobrze mogłoby go tam nie być - ale był.
- Nieee podoba mi się tutaaaj... - mlasnął przeciągając słowa czarnoskóry mężczyzna odziany w porwany pomarańczowy t-shirt i wielokrotnie łatane niebieskie dżinsy sklecone z trzech różnych zestawów spodni. - ...aaale nie mamy wyboru. Musimy się tutaj, hm... zatrzymać. Sleesh, pilnuj auta, a ja pójdę załaaatwić co trzeeeba... i od razu spadamy.
W przeciwieństwie do swojego kompana Jae przyciągał uwagę jak magnes - nosił podarte przepocone ciuchy, jego zęby wołały o pomstę do nieba, a poszarpane blizny, tandetne tatuaże i odpychający głos brzmiący, jak gdyby Jae zawsze był ujarany (chociaż nie był) dopełniały całości obrazu upadku człowieczeństwa i wiary w ludzką godność, co stanowiło w tych stronach najwyższą wartość.
Nagle niebo gwałtownie pociemniało - zbliżał się Sztorm. Mieszkańcy wioski wylegli że swoich schronień prosto w strugi zacinającego deszczu, żeby popatrzeć.
- Sleesh, szyyykuj się, ten Sztorm to będzie kooolooosalna dawka energii!
- Miałeś z tym skończyć. To niebezpieczne, no i ludzie mogą cię w końcu zlinczować.
- Daaaj spokój, to idealna okazja. Pół roku będziemy jeździć na tym gównie... nieee łam się.
Wokół nich zaczęły już krążyć tumany kurzu, suchych krzewów duży pustynnej i różnych metalowych części - pokryw od śmietników, drzwi lodówek, tosterów, grabi, sprężyn i innego szmelcu. Atmosfera zgęstniała niczym półroczne zsiadłe mleko, a światło słoneczne zniknęło zastąpione mrokiem szalejącej burzy. Jae bez chwili wahania wskoczył na dach cadillaca, rozpostarł szeroko ramiona, uniósł głowę do góry i z dziką, nieposkromioną radością zaczął ściągać na siebie pioruny i cały gniew Sztormu, nie zważając na deszcz i wiatr. Błyskawice biły w niego jedna za drugą, a on przekierowywał ich energię prosto do baterii samochodu. Jego oczy jarzyły się upiornym bladobiałym błękitem, a z czubków palców strzelały niebieskie iskierki.
Ludzie niezbyt lubili Łowców Burz. Mawiano, że Sztormy wędrują za nimi i nawiedzają wioski, przez które przejeżdżają. Dookoła samochodu zbierał się coraz większy tłum, patrząc nienawistnie na Jae. W jego stronę poleciały pierwsze kamienie, ale z powodu słabej widoczności i porywów dzikiego wiatru chybiły celu. Jakiś człowiek stojący gdzieś z tyłu oddał strzał z dubeltówki, ale huragan całkowicie zagłuszył huk strzału. Strach zawisł nad tłumem niczym ciężka kotara, a jego namacalna siła przebijała się nawet przez ryk Sztormu.
- Jae, wskakuj! - wrzasnął Sleesh.
- Weźcie mnie ze sobą. Jestem taka jak on - rzekła dziewczyna o czarnych włosach nosząca na sobie zużyte szare szmaty, na które nałożyła luźne kawałki metalowej zbroi zrobionej z wyklepanego złomu.
- Jesteś pewna? Z Drogi nie można zawrócić - zapytał w odpowiedzi Jae.
- Jestem pewna. W tej dziurze nic na mnie nie czeka.
- Wskakuj - zdecydował Jae, wsiadając pośpiesznie do samochodu. - Masz jakieś imię?
- Nazywam się Rox.
- A więc, Rox... Witamy w ekipie. Możesz mi mówić Jae, a tamten sknera za kółkiem to Sleesh.
- Po cholerę wziąłeś ją ze sobą?
- Bo też jest Łowczynią Burz. Zawsze lepiej, gdy jest nas dwoje na pokładzie, niż gdybym był sam jeden, co nie?
- ... - Sleesh burknął coś niewyraźnie pod nosem, ale nie kontynuował tematu. Odjechali Drogą prosto w gniew szalejącego wokoło Sztormu, zostawiając wioskę za sobą.